Pogarszający się stan ukochanego Dziadka T. przywiódł Małgorzacie
na myśl umieranie babci Wiesławy, a to z kolei – postać jej małżonka, dziadka Adolfa.
Babcia Wiesia, babcia na dopinkę, bo ani krew, ani znajomość od pieluch, a
jednak babcia możliwie najprawdziwsza, jak większość z tamtego pokolenia nie miała
łatwo. Najpierw dzieciństwo na Syberii, śmierć ojca, wieloletnia opieka nad
sparaliżowaną mamą, później nawet równolegle z wychowywaniem bliźniąt i ich
młodszego brata, gorzkie rozczarowanie małżeństwem, zapierdalanie od świtu do
nocy, bo pola do obsiania, bo zwierzęta do oporządzenia, bo żniwa, bo to, sro,
owo.

W agonii babcia otwierała się coraz bardziej i obraz dziadka stawał się z
anegdoty na anegdotę coraz bardziej spójny i klarowny. Bo, że Adolf nie należał
do charakterów godnych naśladowania, wiedzieli w rodzinie wszyscy. Lecz, że był szumowiną moralną, ludzką wydmuszką, kutasem grubo ciosanym, dowiedziała się
Małgorzata na krótko przed babci odejściem.
Zastanawiała się Wiesława, siejąc po poduszce pukle szarych włosów i jęcząc,
pomimo morfiny, dlaczego nie wydała się za tamtego lekarza z miasta, który tak
intensywnie zabiegał o nią, bo przecież była i robotna i przystojna i
niegłupia, kurs księgowej nawet miała. Nie umiała sobie na to pytanie
odpowiedzieć. Małgorzata tym bardziej. Może Adolf był tak piękny, że miękły
kolana? A może babcia w gruncie rzeczy bała się miasta, całe życie
spędziwszy na prowincji? Nie wybrała lekarza, choć obiecywał piękne życie.
Wybrała Adolfa, który napsuł jej krwi i przyniósł same łzy.

Nie jest jednak moją intencją wymieniać kurestwa, jakie nieustannie produkował Adolf,
bloga by zabrakło i literki na klawiaturze się starły. Przypomniała mi się po
prostu rzecz, godna zapisania, bo piękna i bardzo literacka.

Któregoś razu rodzice Małgorzaty – Bożenka i Drugi Mąż, odwiedzali wujostwo,
krewnych Wiesi i Adolfa. Zaintrygował ich widok wersalki stojącej na środku
ogródka. Wujostwo zmitygowani pytaniem osocho z wersalką początkowo unikali
odpowiedzi. Lecz potem ktoś musiał puścić parę z ust, bo wyszło, że Adolf przy
ostatniej wizycie najebał się i zesrał, jak siedział. W wersalkę brata i
bratowej. Próbowali ją prać, ale nie udało się zniszczyć nieznośnej woni
rzadkiego srania.
Tyle dobrego, że Wiesława nie dożyła tej historii, bo ze wstydu chyba by umarła.
A
tak mogła mieć niegodziwości i żenady Adolfa głęboko w dupie.