eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Zastawszy mię zalaną łzą słoną K. uznał, że dość tego.

Nakazał znaleźć godną owocu naszej miłości placówkę edukacyjno-opiekuńczą, gdzieś w plus minus okolicy, a obejrzawszy z bliska domowy budżet stwierdził, że stać nas na przedszkolny pół-etat.

(Nie, no jasne, że Marceli Fr. nie załapuje się jeszcze wiekowo na przedszkole, ale wyraz „żłobek” czyni spustoszenie w mojej histerycznej psyche, dlatego upieram się, że to jednak PRZEDSZKOLE.)

Następnie zasiadł przed monitorem a mi nakazał iść kąpać Juniora.

Zdezorientowana poszłam.

- Jutro zostawiam ci auto. Tu masz spis wszystkich misiowych zagajników i innych króliczkowych kurwa nor w naszej dzielnicy. Podzwoń, zapytaj o miejsca, a potem pojedź i obczaj.

Tak jest, mój Panie – powiedziałam bezgłośnie i z zachwytem.

 

To był kolejny raz kiedy potrzebowałam wzięcia za wszarz.

Tym razem nie chodziło o seks.

Ani o rozmnażanie.

Ani o małżeństwo („Zamierzam się z tobą ożenić i nie bardzo mnie obchodzi co o tym myślisz” – ten cytat powinien być mottem na naszych ślubnych zaproszeniach)

Chodziło o pozbycie się owocu naszej namiętnej miłości na jakieś niedrastyczne cztery w porywach pięć godzin dziennie, jakże wiele wnoszących do życia odciążonej.

 

Lecz jeszcze wtedy znałam rzecz tylko z teorii.


CDN.
 
 

Wczora z wieczora wszystko zostało mi wyłuszczone.

Tak, że nie mam już więcej pytań.

 

Siedziałam w kuchni cioteczki (a raczej jej nieprzesadnie udanego konkubenta) i raczyłam się to sałateczką, to ciastem, a najczęściej jednak trunkiem sobotnim, ex definitione procentowym.

Cioteczka albowiem ukończyła kolejną wiosnę swego życia, coraz dramatyczniej zbliżając się do jesieni. Zaproszone na wesołą celebrę tego smutnego dnia cioteczkowe funfelki utrzymywały znośny poziom konwersacji, germańskie wino dobrze grzało w czachę, a orzechowy keks cioteczki konsekwentnie rozpękał wciągnięte dla niepoznaki bebechy.

Była i matka moja rodzona – młodsza siostra cioteczki – która, usłyszawszy, że w ramach zwalczania depresji spowodowanej postępującym poczuciem porażki rodzicielskiej, zostawiam męską część mojej rodziny na chawirze, ucieszyła się szczerze, gdyż i ona nie miała spójnych planów weekendowych z tatą, a to nieczęsto się zdarza, najebać z córką we dwie.  

Srutututu, majtki z drutu, czas mijał, a samotna pusta butelka ustawiona pod ścianą powoli zyskiwała coraz liczniejsze grono towarzyszy.

 

- Ja to bym nawet chciała, żeby mój syn zaliczył wpadkę! – zakrzyknęła jedna z funfelek znad talerza  - takie małe bobo poniańczyć – mmmm!…

- Taaaaa? – uniosła brwi moja matka.

- Moja mama nie jest entuzjastką małych bobo – wyjaśniłam uprzejmie zgromadzonym – to znaczy w sumie jest, ale tylko przez kwadrans, raz na trzy tygodnie i najlepiej u nas w domu.

 

Jestem ekstrawertyczką bez dopingu, ale gdy popiję, staję się gejzerem emocji, gdy kocham, miłość wytryskuje mi wszystkimi dziurami w ciele, gdy cierpię jestem wierną repliką Kasi Kowalskiej, a gdy żywię urazę, osz kurwa, gdy żywię urazę, lepiej ze mną nie pij.

 

Nie mam do mojej matki jakichś pretensji-gigantów. Nigdy mnie nie głodziła, nie lała kablem od żelazka, a jej absztyfikanci dobrze mnie traktowali. (Ponadto sama byłam dzieckiem dość problematycznym, co zawsze należy podkreślić, by zatriumfował obiektywizm.)

Istnieją po prostu pewne obszary, o których lepiej milczeć przy wigilijnym barszczu. Bo się kosmicznie zjebie klimat.

Jednym z takich obszarów historii nowożytnej jest mojej matki, mówiąc eufemistycznie, słabe udzielanie się jako babci swego wnuka.

 

Nie było wczoraj barszczu, był natomiast krem z dyni.

Oraz było sporo w czubie.

Oraz ktoś uderzył w stół.

Oraz żywiłam urazę.

 

Amatorzy rodzinnych pyskóweczek mieli używanie.

 

Dowiedziałam się, że moja matka już nas odchowała i, że chce mieć nieco luzu.

(nikt nigdy nie postulował, żeby Młodego zwalać raz na tydzień, ani raz na dwa, ani nawet na trzy, a cała operacja by trwała dłużej niż seans kinowy.)

Dowiedziałam się też, że ona nie ma obowiązków, to ja je mam.

(zgadza się, szkoda, sama nie stosowała tej dewizy podczas fullserwisu ze strony moich dziadków.)

Oraz, że ciężko pracuje i musi kiedyś odpocząć.

(jasna sprawa).

 

Funfelki słuchały i nie dowierzały.

Gdy wychodziłam rzuciły za mną słowa otuchy, że już one popracują nad babcią marnotrawną i dontju łory, bejb.

 

Ale ja już wszystko doskonale miałam wyłuszczone. Więc machnęłam reką.

czyz nie wymowny jest our family portrait?


  • RSS