eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Nazbyt wielu okazji do budowania relacji wnuk-dziadkowie Małgorzata
nie miała. Nie w swojej rodzinie przynajmniej. Bożenka kochała wnuki gorąco, lecz
na możliwie sporą odległość. Na jakiekolwiek propozycje poprzebywania z
Juniorem sam na sam z jej strony Małgorzata dawno przestała liczyć. Już
bardziej aktywny był w tej materii Wacław.
Wacław nie świecił może przykładem jako ojciec (nawet jeśli pominąć litościwie
jego studencki, żenujący start w ojcostwo), lecz jako dziadek zdarzało się, że
zabłysnął. Czytał książki, składał z lego rycerskie zamki, bywał wydającym dzikie
ryki potworem, przed którym Junior czmychał z radosnym piskiem. Niestety miał
Wacław cechę dyskredytującą go, jako udanego dziadka, a cecha ta wyssana z
mlekiem jego matki hrabianki Eugenii, świećcie szatani nad jej truchłem, nosiła
imię: maniakalne krzewienie sawuar wiwru.

Małgorzata i jej małżonek teorię tegoż znali, nie byli jednak nim szczególnie spętani
na co dzień i we własnej twierdzy, w której według słów pieśniarza je się i
pierdzi (u Wacława nie pierdziało się z całą pewnością, u Eugenii  problem wiatrów nie pojawiał się nawet po
bigosie). Może kto uzna, że to źle, że prawie pięciolatek żyje póki co poza
pewnymi społecznymi ustaleniami. Że na przykład nie odstawia sztućców między
siódmą a ósmą, po zakończonej konsumpcji. Że nie muska usteczek co kęs. Że nie
zaczyna jeść na hasło gospodarza, lecz rzuca się ochoczo na apetyczną kulkę
młodego ziemniaka, mimo, iż inni jeszcze nie zaczęli. Może to źle.
Małgorzacie wystarczyło, że nie mlaskał, nie siorbał, nie bekał, RACZEJ nie
mówił z pełnymi ustami (a jeśli tak, był upominany) oraz JADŁ ZE SMAKIEM. Bo z
jedzeniem u Juniora bywało różnie.


Lecz Wacław miał większe ambicje. Zaraził nimi również Drugą Żonę. I tak
przekrzykiwali się nawzajem.
Nie jedz jeszcze, jeszcze nie zaczęliśmy, teraz jedz, zajmij się jedzeniem, nie
pchaj tyle do ust, wytrzyj, kapie ci, nie siedź tak, siedź prosto, nie kiwaj
się, nie mów tyle, jak ty się zachowujesz, nie zachowuj się tak, ile ty masz
lat, nie jesteś już małym dzieckiem, jedz ładnie, co robimy jak kończymy posiłek?…

Małgorzata struchlała usłyszawszy ten przyśpieszony kurs małej zmanierowanej ciotuni.
Nie, no, zgadzała się, że warto jeść nie budząc odrazy, ale żeby zaraz układanie
sztućców w wieku przedszkolnym? Seriously?
Zresztą koncert życzeń nie dotyczył tylko zachowania przy stole, ale wachlarza
zachowań w ogóle.
Wacław i Druga Żona mogliby napisać Bon ton przedszkolaka. Albo poradnik – Jak skutecznie spiąć poślady małemu chłopcu?
Pytanie tylko kto by to
wydał. I kto kupił.

A jednak nie.
Pochwaliłam dzień przed zachodem i natychmiast usłyszałam ironiczny rechot chuja.
Jednak jest lekki przeczołg z Marcelonem – wrzaski, trzaskanie drzwiami, rozpaczliwe zapewnienia,
że nie chcę już z wami mieszkać!, au! Ja nie jestem naiwna, wiedziałam, że to
kiedyś usłyszę, a nawet, że mnie nienawidzą i tylko czekają na mój zgon, czy
coś koło tego, ale tego typu wyznania słyszy się raczej w okolicy piętnastej
wiosenki, nie przed ukończeniem lat pięciu.
Scen jak z Zawadzkiej na szczęście nie ma, nikt nie pluje, nie bije i nie kopie,
bo ja jestem żelazna dama, która gromi spojrzeniem i sykiem spomiędzy
zaciśniętych szczęk oraz hojnie rozdaje dotkliwe sankcje, a potem trzyma się
swych obietnic, choćby miały również boleć ich autorkę. Marcel po prostu obraża
się co rusz, krzyczy kilka słów dramatycznego manifestu i oddala się do swego
pokoju, w którym przebywanie  – umówmy się
– nie jest żadną formą samobiczowania, gdyż jest po prostu zajebisty i pełen
wszystkiego, co fajne dla cztero-i-pół-letniego smarka. Ale smutno mi, że
chwilowo nie umiemy się dogadać. Bo ja oprócz tego, że jestem żelazna, jestem
też męciutka jak masełko i dotknąć mnie, gdy żywię uczucia, jest bardzo, bardzo
łatwo.
Ale nic to, życzę sobie tylko takich przeczołgów, doprawdy.

Brak przedszkola, ergo porannego wstawania, a także obecność nowego, nie do
końca uregulowanego członka rodziny, sprawiły, żeśmy zrobili sobie z K. pewną
krzywdę. Pozwoliliśmy, żeby bachorzęta zdominowały nasze życie do późnych
godzin wieczornych. Rezultatów takiej błędnej polityki chyba nie trzeba
naświetlać. Wkurw ogólny w pakiecie z wkurwem małżeńskim plus frustracja
zalegających pozycji kulturalnych w nagrywarce dekoderu cyfrowego. 
Uświadomiwszy sobie błąd zawróciliśmy z
wakacyjnego, poluzowanego rozkładu jazdy na  taki z elementami
rodzicielskiego faszyzmu. W związku z tym obejrzeliśmy kilka ciekawych rzeczy, obaliliśmy
flaszkę wina (w kilka wieczorów, spokojnie), a nawet przeczytałam książkę (!!!).
Książka to jednak może nazbyt szumne sformułowanie, bardziej komiks, ale rzecz
dziejowa, polecam ogromnie! Ponadto mam nagrane Buffalo 66 i nie zawaham się dziś go
użyć, gdy już małoletni znikną mi szczęśliwie z oczu. Będzie to wieczór z
Mamoniem, jak K. z delikatną pogardą nazywa moją skłonność do powtarzania się w
repertuarze. Ale co ja poradzę, że kocham ten film?

Jeśli zaś idzie o Gustawa, jestem niezmiennie na chmurce numer dziewięć, wpierdalam ambrozję, zapijam nektarem i gdybym rozpoczęła swoją karierę matki w tym punkcie, w życiu nie znalazłabym się w zaszczytnym gronie autorek Macierzyństwa bez lukru. Możliwe nawet, że jako nie skalana doświadczeniem pierworódka popierdywałabym jakieś nieznośne słodkości, a tak zaoszczędziłam sobie i Wam.

Momentami zerkam sobie na nich i puchnę z dumy.
(Ale to tylko momentami. Bo dużo jest również tych, kiedy grożę Oknem Życia. Do
jakiego wieku można podrzucić bez konsekwencji? Marcel już chyba się nie
załapie?)

Dziś na przykład mam zwyżkę.

Marceli sam sobie przygotował śniadanie i nie składało się ono z suchej bułki
znalezionej na blacie. Nie byłam w stanie mu go podać z młodszym podłączonym do
wymion. Czasem, jak widać, warto czegoś nie móc. Czuwał też kilka razy nad
bratem w aucie, gdy załatwiałam parę spraw, cierpliwie podając mu doustną
zatyczkę. Następnie pokonał największy strach – został sam z Gustawem w domu.
Co prawda na trzy mrugnięcia okiem (zostawiłam telefon w aucie), ale jednak.
Dotychczas było to niewykonalne – horda kreatur z gier, kreskówek i literatury wyłaziła
ze ścian, zupełnie jakby jakaś czujka mówiła im, że oto Marceli zostaje SAM i
można go trochę postraszyć. Bardzo złośliwe z ich strony, nieprawdaż.

Pomyślałam sobie raz i drugi, że Gustaw to najlepsza inwestycja w Marcela.
Jakkolwiek średnio to brzmi i jakkolwiek instrumentalnie został potraktowany
Gutek, będąc spłodzonym jako narzędzie doskonalenia wątłych morale starszego
brata, tak właśnie jest. Oczywiście to niejedyny powód zaistnienia Gustawa. Gutek
stał się, bo nocami kwiliła moja skurczona macica. Jest, bo czułam, że tamto pierwsze
doświadczenie nie może zdeterminować całego postrzegania macierzyństwa. Bo od
dawna żyłam w przekonaniu, że tak byłoby pełniej i lepiej.

Patrzę na Marcela i widzę kawał dobrej roboty (oraz piękne oczy z
wachlarzem rzęs).
Patrzę na Gucia i żal mi, że jego brat na analogicznym etapie
tej ekstremalnej przygody nie cieszył mnie tak bardzo. Marcela kochałam
szaleńczo od zawsze. Ale radości miałam niewiele.
Kto rozumie, niech pierwszy
nie rzuca kamieniem. Kto nie rozumie, ten ma fajnie.

Odchowaliśmy już trochę Pierworodnego – sam sobie
naleje wodę, wyciągnie z lodówki strawę, włączy telewizor, ściszy,
zgłośni. Więcej!  On nie tylko obsłuży
siebie, ale i pomoże. Potrzyma matce drzwi gdy taszczy siaty, włączy odpowiedni
guzik w windzie, klucz w dziurce przekręci. 

A tu nagle taka poczwara! Chryste, co za regres. Cały wypracowany w pocie czoła
ład leży w gruzach. 
(Nie, no spoko, przetrzymamy tę bessę organizacyjną, bo Gutek jest zajebisty.
Choć aktualnie mega szpetny z powodu pryszczy).

Marceli miał trudny czas, ale chyba już przywykł do
sytuacji. O ile to nie cisza przed burzą. Lubię się z nim teraz wyrwać. Zostawiamy
poczwarę z ojcem, Poczwara oczywiście nażarta po kokardę, co by ojca nie
stresować i sru NA MIASTO. Na przykład na godzinę do Lidla. Szaleństwo!
Z pietyzmem układam w koszyku kubełki z jogurtem greckim, sałatę lodową, sól do
zmywarki. Są to naprawdę piękne chwile. Marcel SAM stoi na posadzce (nie wymaga
noszenia) i WSZYSTKO rozumie (można wymienić poglądy- rozmawiamy na przykład o
tym jakie płatki śniadaniowe lubimy). Rany, ale fajny ten starszy syn!

A parę dni temu byłam z pierwszą wizytą pediatryczną. Żeby okazać nowe
istnienie, zważyć, zmierzyć.
W trzy tygodnie półtora kilo mu wpadło. No zauważyłam właśnie, że rośnie mu
czternasty podbródek i kolanka mają dziurki, ale wrodzona skromność nie
pozwoliła mi pomyśleć, że ciecz wypływająca z moich sutków może tak tuczyć.
Więc pytam panią czy on czasem nie jest za gruby. A ona, że w przypadku dzieci
karmionych mlekiem matki nie istnieje pojęcie nadwagi. I żebym sobie tym głowy
nie zawracała, bo nie jestem w stanie kontrolować przyrostu wagi karmiąc
naturalnie. Podczas naszej konwersacji Rynio Kalisz potwierdził, że wszystko
jest pod kontrolą, donośnie upuszczając zalegające w jelitach gazy.

Ogólnie jest fajnie. Gutek daje żyć, choć miewa czasem error w systemie. Dziś
na przykład miał od drugiej nad ranem. Jak można cierpieć
na zaparcie, defekując wyłącznie płynnym stolcem? Dla mnie to lekko sprzeczne.

Poza tym chciałabym kolejny raz podkreślić, że mam wspaniałą teściową, która
jako jedyna w rodzinie jest mi realnym wsparciem (ale paradoks, co?). Placówka
wczesnoedukacyjna ma teraz lipcową przerwę w działalności. W związku z tym mam
obu chłopców na chacie i bywa ciężko. Mama K. usłyszawszy, że jest jak jest,
wzięła urlop i zaprosiła Marcelona do siebie. Czy mogą być lepsze wakacje niż
te u babci na wsi? I czy można trafić na lepszą teściową? Słowo daję, lepiej, żeby mnie K. nigdy nie wychujał i żebym nigdy nie musiała
go pogonić, bo gdzie ja znajdę taką drugą Krystynę.

Miało być tak, że jak się samo nie wydarzy to jedenastego
dochtór S. robi stoliczku nakryj się i tnie celem wydobycia. Jako osoba nosząca
gen germańskiego ordnungu (nie żeby pedanteria, nie, nie, bardziej –
przewidywalność, porządek rzeczy) nawet się z taką propozycją polubiłam, tym
bardziej odkrywszy, że dobrze to wygląda numerycznie – Marceli Franciszek
szesnasty jedenasty, Gustaw Leon jedenasty szósty. Ładnie. Czyń zatem swoją
powinność, dochtorze.


A jednak sprawy potoczyły się inaczej. W środowy wieczór K. poszedł lekko poalkoholizować
się, a wieńcząc udaną noc zaproponował wielorybiej żonie obcowanie płciowe. Żona z przeciętnym entuzjazmem przystała na ofertę, czego efektem było
chluśnięcie wód o panele jakieś cztery godziny później.
Z duszą na ramieniu wykręcałam numer pana dochtora, gdyż była to irracjonalna
pora – Boże Ciało, kiedy ranne wstają zorze, a jednak dochtór odebrał i kazał
zawijać się do szpitala. Szybko okazało się, że K. choć pozornie trzeźwy jak
świnia to jednak emituje z siebie aromaty dyskredytujące go jako porannego
kierowcę, więc podłożywszy sobie pod tyłek kostkę ręcznika (woda ciurkała sobie
bez ustanku, a było jej sto litrów) odpaliłam furę. Na miejscu żywej duszy,  jak to rankiem rosą w dzień świąteczny, więc
sobie pociurkałam jeszcze trochę na fotel w poczekalni przed izbą przyjęć. No,
mniejsza zresztą o szczegół – dość, że w oczekiwaniu na wyniki niezbędnych do
cięcia badań, a także na pojawienie się dochtora (najwyraźniej wybył sobie
gdzieś świątecznie, a ja mu rozjebałam czerwcową idyllę) akcja zaczęła mi się delikatnie
rozkręcać. Skurcze robiły się coraz intensywniejsze i coraz bardziej regularne
i przeszła mi przez głowę zuchwała myśl, że może-może, lecz wtedy usłyszałam w
korytarzu znajomy baryton.
Dzień dobry, dzień dobry, cewnik, wenflon i tak dalej i oto za chwilę
tradycyjnie trzęsłam się jak osika wypinając grzbiet pod wkłucie. A potem to
już wiadomo – ryk, smark, emocje dziesięć.

Gustaw od początku wydał mi się zajebisty.
Nie odwalał żadnej maniany, zassał cyc jak należy, zdawał się akceptować, że
jego pięć minut w maminych bebechach dobiegło końca, patrzył, choć niewidząco,
to jednak mądrze. Nie był tak urodziwy jak starszy brat, albo może my byliśmy
na nieco słabszej chemii, ale nadrabiał przymiotami ducha.

No i tak o.

Jesteśmy sobie już równo tydzień w domku.
Gustavo nawet daje spać – to znaczy nie czarujmy się, żre jak koń, ale
między  żarciem i żarciem pośpi jakieś
dwie godziny. Kto powie, że i tak przesrane, nie miał nigdy dziecka w stylu
Marcelona.
Inna rzecz, że teraz to już nie wiem, czy Marcel był sam w sobie rzeźnikiem,
czy osobiście go takim uczyniłam – trzęsąc się, srając po gaciach i lecąc do
niego na każdy kwęk. Z Gutkiem rozumiemy się o niebo lepiej, no ale
doświadczenie jednak robi swoje.

Nie znaczy to, że w ogóle nie ryczę. Hardokorowego babybluesa zaliczyłam parę dni temu, ale był to raptem jeden wieczór żałosnego szlochu. Jak mi się powtórzy bardzo
chętnie rozwinę dramaty, jakie naprodukował mój piękny umysł. Teraz, wybaczcie,
trudno mi się wczuć, bo dziecię zeżarło, śpi na balkoniku przy wtórze szumu
topoli i świergolenia ptactwa, a ja mam względnie ogarniętą chatę i nawet wenę
kulinarną, której za chwilę dam upust. (Choć akurat dziś jestem bardziej niż
zwykle niewyspana, chyba z powodu fasolki szparagowej, którą wcięłam wczoraj w
jakimś dziwnym amoku – staram się codziennie poszerzać dietę, bo suchary i
cienka herbata średnio mnie interesują).

Z minusów – nawał był chyba bardziej dotkliwy niż wtedy, bo Gustaw, jak już
wspominałam, nie wylewa za kołnierz, więc moja laktacja w genach już zapisana
jako totalnie pojebana, została dodatkowo podstymulowana niekończącym się
ssaniem. Było wesolutko. Drugi minus jest taki, że tym razem chyba się trochę
średnio goję, co raz po raz wpędza w delikatny niepokój. Ale może dam sobie
jeszcze trochę czasu.

A Marceli, cóż. Trochę mamy z nim. Cieszę się jednak, że jego bunt
wymierzony
jest w nas, nie w Gustawa. To w końcu nasza wina, że skończył się jego monopol na bycie pępkiem świata.

…jednak Marcel postawił na dar praktyczny – Seana McMissiona :)



K. podejrzewa, że zdradziłam go z Ryszardem Kaliszem.
Mam nadzieję, że nie skończy się to terapią małżeńską.

Pani Bożenka pyta przed obchodami Dnia Matki w
przedszkolu konstruując stosowne menu:
- A czego napiłyby się wasze mamy?
Marcel bez wahania:
- Piwa. Moja na pewno piwa.

- Ten jest kciuk, ten
wskazujący, bo wskazuje, ten środkowy – odpowiadam wyczerpująco za pytanie
syna.
- Tego środkowego to nie można pokazywać, prawda?
- No, lepiej nie.
- A ty pokazałaś jednemu panu, jak jechaliśmy autem!

Ostatnie stadium inkubacji sprawia, że byt mój charakteryzuje nadprodukcja
ciepła. W związku z tym snuję się po chacie w kusych stylizacjach.
- Mamo, dlaczego nosisz majtki, które całe są w tyłku?

Za pierwszym razem zrobiłam ten błąd, że nie miałam żadnych wątpliwości i nie przewidziałam innych scenariuszy. Kto miałby rodzić jeśli nie ja? Podobnie jak – kto miałby zrobić najwłaściwszy użytek z mlecznego bufetu jeśli nie ja? Zostałam wyposażona przez naturę w ciało obiecujące mężczyźnie, któremu przyjdzie w udziale wystrzelić w moim wnętrzu swój cenny ładunek, liczne, nieliche, bezproblemowo wydane na świat potomstwo. Tak to przynajmniej wyglądało. Cyc, biodro, wiecie. No kto, jeśli nie ja?
Byłam zdruzgotana, gdy przyszło mi zmierzyć się z faktem, że nie wycisnę Marcelego Franciszka własnymi siłami, nie będzie rodzinnego porodu z K., nie będzie romantyzmu niewiadomej w kwestii odejścia wód i pierwszych skurczy. Po prostu – dziecko ułożone pośladkowo, a ponieważ jesteśmy już właściwie w terminie, proponuję cięcie szesnastego, pasuje?

Za drugim razem obiecałam sobie nie pisać scenariuszy. Dochtór S. powtarzał, że ingerencja skalpela przy pierwszej ciąży wiele determinuje i choć, owszem, zdarzają się przypadki zwieńczonych sukcesem porodów naturalnych pocesarkowych, to jednak jego kilkudziesięcioletnia praktyka lekarska pokazuje, iż zdecydowanie więcej jest tych sukcesu pozbawionych.
Nie nastawiałam się więc.
Gustaw bardzo długo boksował się z grawitacją oraz wątpliwościami jaka pozycja będzie dlań najbardziej dogodna. W rezultacie zawisł głową w dół, a nawet ładnie wstawił się w odpowiednie wrota. Good boy. Wyglądało to, jakbym miała tym razem zrobić użytek ze swoich bioder.
Aż do czwartku.

W czwartek okazało się, że znów będzie nieromantycznie.
Gustaw na ponad dwa tygodnie przed oficjalną datą ma cztery kilo. Według Dochtora ryzyko rozejścia się blizny podczas przeciskania takiego kloca jest zbyt duże, by porywać się nań. Nadmienił, widząc cień rozczarowania, że oczywiście mogę podjąć przeciwną decyzję i podpisać papier, stanowiący iż pomimo zaleceń lekarskich, decyduję się dać upust ambicji. Ale chyba za bardzo lubię swoje życie, zarówno to w aktualizacji (E+K+M), jak i to w potencji (E+K+M+G), żeby obstawać przy swoim i coś, nie daj Bóg, spierdolić.
Tak więc raczej przesądzone.
Gustaw Leon, podobnie jak starszy brat, nie będzie miał stożkowatej głowy, a jego mamusia pocerowanego krocza. Będą za to inne atrakcje, jakże dobrze mi znane. Ciekawe tylko czy jego numerologiczny byt wybierze się sam, czy wraz z Dochtorem zamoczymy weń paluchy.

Dzień na pozór rozpoczyna się nienajgorzej, bo przetarłszy oczy zauważam na stole wazon z tulipanami. Na tym etapie wspólnego pożycia jest to dość niecodzienny widok, biorąc pod uwagę fakt, iż nie świętujemy dziś rocznicy, Adama i Ewy czy też moich urodzin. W lodówce jest zimny kefir (nikt mi nie wypił), na balkonie powiewają wyprane wczoraj kreacje dla Gustawa, użyczone wspaniałomyślnie przez ciocię Martę. Wszystko mi mówi, że to mój dzień. A wielcy świata na usługach mych. Nie zasmuca mnie nawet fakt, iż wczoraj musiałam podać złotnikowi swój serdeczny serdelek, celem przecięcia znaku miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej, by ocalić serdelek od amputacji.

Nucąc radośnie wyruszam w codzienne, rytualne już tournee: dom-przedszkole-warzywniak-dom.
Mogę dziś wyręczyć się K., idzie na dziesiątą, ale fakty są takie, że warzywniak to MÓJ świat i muszę umierać (lub mieć przedwczesne skurcze), by zgodzić się na przekazanie przywileju wizyt w warzywniaku komuś innemu.
No więc szparagi, truskawki, rabarbar i takie tam płody późnej wiosny, dziękuję, nie, jeszcze jak pani widzi nie rodzę, jeszcze się toczę, a pewnie, że ciężko, ale damy radę, to do jutra, do widzenia. Zostawiam auto w myjni pod domem, gdyż nie widziało szczoty chyba z rok i zaczyna być mi lekko wstyd, jak zeń wysiadam. Nagle tyka mnie, że skoro K. idzie dziś na dziesiątą, to niech zejdzie i mi pomoże z tymi siatami.
Ach, jaki piękny dzień! Nawet mam tragarza!

Dzwonię raz.
Dzwonię drugi.
Chyba już wyszedł, pedałuje, nie słyszy. Rzucam sobie pod nosem kurwą, lecz jeszcze niepozbawioną pewnego pozytywnego animuszu, można by rzec, iż jest to kurwa kontrolna, bez swoistego ciężaru gatunkowego. (Moc tulipanów działa i nie odpuszcza.)
No trudno.
Taszczę więc, a zataszczywszy widzę w kuchni K. dopijającego herbatę. Nie słyszał, biedak, telefonu, bo przecież ledwie wysunę stopę z chawiry, on realizuje swą pasję – słucha głośno muzyki. Efektem ubocznym realizowania pasji jest fakt, iż nic poza nią nie słyszy. Kolejne kurwy wysmykują się spomiędzy mych warg, ale trzymam się. (Tulipany tracą nieco porannego powabu).
Stawiając kilogramy wiosennych dóbr na posadzce kuchni, kieruję się ku oknu na świat. Podłączam się do świata i patrzę co tam. Czy Zakład Ubezpieczeń Społecznych był łaskaw przelać mi należne inkubacyjne? Ależ! I ciekawe jak długo jeszcze mogę jechać na karcie kredytowej. Eeee. Chyba już nie mogę. Przekroczony limit. Będzie chłosta. Dowiaduję się, że całkiem spora. (Tulipanów nigdy nie było).

Mija czas, więc idę odebrać wóz. Zawsze czynny bankomat dziś jest nieczynny. W upał i w dziewiąty miesiąc, nieczynny jest chuj. Kolejny daleko. To znaczy dla ciężarnej, w upał daleko. Bo może dla pana z myjni bliziutko (nie ma sprawy, auto czeka, TU jest pekao, zaraz obok poczty). Wiem, kurwa, gdzie jest pekao i upierałabym się, że jednak TAM, nie TU.
Lezę. Pocę się. Gustaw uciska mi na  mózg. (Tulipany? Jakie tulipany??)
Potem z powrotem. To samo. Dobra, przynajmniej fura czysta. 

Wracam na chatę, a tu widzę plecy pana kuriera, czmychającego chyłkiem po schodach. Resztką myślenia uświadamiam sobie, że to musiało być do mnie i że chwila zwłoki, niepotrzebnego pitupitu w myjni, a zastałabym tylko awizo i wtedy musiałabym zabić, a przecież jestem matką, nie mogę pójść siedzieć, mam tu misję do spełnienia, nie mogę sobie pozwolić na luksus ulżenia frustracjom.
Czy wy naprawdę nie możecie wykonać telefonu, zapytać o której można mnie zastać, tak, żebyśmy się zgrali bez szwanku dla grafiku wydarzeń, czy naprawdę jesteście, kurwa, przeświadczeni, że skoro coś zamówiłam, mam przez kilka dni warować jak suka pod drzwiami, bo a nuż przywieziecie mi mroczny przedmiot mojego pożądania, czy naprawdę wydaje wam się, że awizo wpierdolone między framugę a odrzwia załatwia sprawę i że po to zapłaciłam za waszą zdupy usługę, by jeździć za wami do jakichś centrów dyspozycyjnych, NAPRAWDĘ?
Chłopaczek mruga i coś tam mamrocze, nie słucham, przechwytuję paczuszkę, wchodzę do chłodnego domu i sięgam do lodówki po zimny kefir.

A kefir skwaśniał.


  • RSS