eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Gustaw
stwierdził, że jeszcze go nie było w poprzek. I, że należy tę lukę w empirii koniecznie
wypełnić. Bo czasu niewiele, a stara dwoi się i troi, by za spokojnie nie było,
a to napierdalając remonty, a to uwijając przy garach, a to latając po galeriach
bynajmniej nie sztuki (bo tam się chociaż nie lata, tylko z dziubkiem skupienia
wypatruje iluminacji, która zazwyczaj nie nadchodzi). Jak pomyślał tak uczynił i oto jest. Totalnie w poprzek. Czkawki miewam po
prawej. Tupanie z zadowoleniem lub dezaprobatą po lewej.

Bardzo osobliwym
doznaniem jest Gustawa przeciąganie. Moje stęki pomiędzy jednym a drugim zdaniem
opowiadań w Misiostwach Świata  sprawiają, że Marceli poczuwa się do
interwencji. Jako starszy, mądrzejszy i prawszy.
- Ej, Gutek, nie rób tak naszej mamie! – chucha mi w brzuch, a ja myślę, że
pierwszy krok wtajemniczenia za nami – Marcel zdaje się rozumieć, że mama
będzie za chwilę nasza, a nie moja, co nie zmienia faktu, że trzęsę
się na myśl o tej rewolucji.

Kilka razy padła już śmiała propozycja podłączenia go do tego drugiego wymienia, podczas gdy młodszy brat będzie zachłystywał
się potokami mleka z pierwszego. Popukałam się w czoło wywołując, na szczęście,
radosny rechot. A nie na przykład ryk. Lub co gorsza – smutny grymas.
A jednak do propozycji wraca. Ma totalną korbę na punkcie piersi, moich
szczególnie, lecz nie tylko moich, ostatnio na przykład zapytał kiedy Uli (tej
od ciuciubabki – pierwsza przedszkolna fascynacja erotyczna) urosną cycki.

Nie ma dnia, by Marcel nie zapewniał o swoim oddaniu sprawie.
Będę go nosił, pilnował, pomagał, przewijał, podawał, wycierał, podnosił,
przynosił, śpiewał, czytał, pokazywał, wyjaśniał, opowiadał, uczył, uspokajał,
bawił, usypiał, dzielił się zabawkami, pozwalał najpierw oglądać dzidziusiowe bajki. 
Taaaa.
Martwię się najbardziej nie tym, że będzie ciężko, bo to, to wiem i jestem
gotowa. Martwię się, że istnieje taka możliwość, że nie stanę na wysokości
zadania, że zmęczenie mnie zeżre, że zamiast podeprzeć powieki na zapałki i być
tych parę godzin dla Marcela, raz i drugi zasnę, a nawet w skrajnym
zniecierpliwieniu wydrę mordę. Jest jeszcze K. i w nim upatruję największej
nadziei, ale co matczyny cyc to cyc. W przenośni oczywiście, nie? Nie będę
karmić cztero-i-pół–latka, jeszcze mnie nie posrało.

Nie wiem czy to okej, ale po stokroć bardziej skupiam się teraz na potrzebach
Marcela, nie Gustawa. Gutek to będzie póki co prosty organizm. Potrzeby z cyklu:
jeść, spać, mieć względnie sucho i żeby nic nie bolało. I te bardziej złożone:
być przytulonym, czuć zapach matki i słyszeć czasem jej głos.
A Marcel to ocean potrzeb, które tak łatwo zaniedbać.

Rany, szczęśliwy był to czas, gdy matki nie kminiły tylko zakładały chomąto i
szły w pole.

Bardzo
chciałabym mieć wylane na doczesność. Walić przetarte tu i ówdzie panele
podłogowe, nie nudzić się kolorem ścian, nie myśleć czule o dziwactwach tegorocznej kolekcji IKEA PS. Nie skupiać na pierdołach.
Ale nie umiem, jestem niewolnicą dóbr doczesnych, doznań
wzrokowych, nie mających nic wspólnego z zaglądaniem w głąb. Co najwyżej w głąb wiaderka z farbą zaglądam.
Nic na to nie poradzę, choć mam świadomość słabizny takiego stanu rzeczy.
Ja wiem, co człowieka uwalnia od myślenia o gównach. Wyzwala. Wiem i jednak pragnę
mojego zniewolenia.

No więc Intuicja od Ewy Minge, Bezmiar Przestrzeni, a także grafit z
mieszalnika dają radę. Nowa aranżacja w dużym pokoju również.
Małżonek, który nigdy nic nie widzi awansem, nie potrafi sobie wyobrazić, podchodzi
sceptycznie, lub w ogóle nie podchodzi, jak już zobaczył, powiedział, że łał. Odczułam jakiś
tam promil pełnowartościowej satysfakcji, bo do takiej normalnej nie jestem
chyba zdolna po miesiącach łażenia po mieszkaniu z miarką i ołówkiem, gadania
do ścian oraz świadomości, że patrzy się na mnie jak na kandydatkę do Lubiąża. Dlaczego on mi nie ufa? Czy to przez lampę dmuchawca XXL, przez którego oboje musieliśmy
schylać się przechodząc? To może być jakiś trop. (Choć lampa była zjawiskowa i nikt mi nie wmówi, że niewarta schylania). 

No więc w kwestii malowania nie zrobiłam nic, ale za to dałam trochę czadu ze
sprzątaniem, okna pomyłam i takie tam. I trochę to odchorowałam,  nie powiem, że nie. Poza tym Gutek dostał
wczoraj czkawki i dziwnie miała ona miejsce pod cyckami. Czyżby znudziło go świrowanie nietoperka?
Nie wiem jak to się udało, że tym razem tak bardzo trzymam na dystans
wyobrażenia okołoporodowe i nie daję się ponieść chwilowym nadziejom. To kompletnie nie w moim
stylu, jestem etatową napalaczką, na wszystko się napalam, spalam, a potem
popielę i jeden wielki chuj. A tu nic, stoicyzm, lotosizm i zen. Zaskakuję samą siebie. Może po trzydziestce tak się robi?

A dziecku na jednej ze ścian śmy jebli Blue Jeans, również dzięki niebywałej uprzejmości Minge
Ewy. Fajnie wyszło, delikatny zajob, bo kolorek cokolwiek intensywny, ale ja go
znajduję bardzo dobrze. Kocica mówi, że dla niej zbyt żółty. Niebieski zbyt
żółty? Przysięgam, przyciągam samych wariatów. 

Och, jutro niedziela, już jutro ujrzę mego Misia i zmolestuję setkami maminych całusków. (I nie minie godzina a już będę miała gada powyżej uszu, lajf). 

Przekręcił się chujasek mały, o czym dowiedziawszy się, mało
nie spadłam z kozetki gabinetu usg. Czy nie czułam? No czułam pewnego wieczoru,
że rozpycha się intensywniej niż normalnie, ale bo ja wiem. Oraz  czkawkę miewał ostatnio nad kością łonową, a
nie jak dotychczas pod mostkiem, ale ja nie do końca ufam własnym interpretacjom
zjawisk.
- Nie podniecałbym się zbytnio – ostudził mnie dochtór S. w kolejnej minucie – stan
po cięciu bardzo zaniża szansę na poród naturalny bez komplikacji.
Dobra, niech mi się nawet nie uda, niech mnie w rezultacie wezmą na stół, ale
cieszy mnie fakt, że poczekamy na normalną akcję. A nie jak wtedy – tniemy dziś,
czy w poniedziałek? To takie, kurwa, nieromantyczne! Grzebanie w dacie
narodzin, no słabe no.
- Zobaczymy. Nie nakręcaj się. – dochtór obrał sobie za cel zarazić mnie
opanowaniem.
MNIE? OPANOWANIEM?

Poza tym Marcelon wybywa nam na tydzień za sprawą moich nieocenionych teściów. To
doskonała okazja, by finalnie dostosować chatę do modelu 2+2. Będziemy malować
i przestawiać. W związku z tym moja rodzicielka rozpoczęła krucjatę przeciw przedsięwzięciu.
Bo przecież ledwie chwycę taśmę malarską – powrócą skurcze. Mówię jej, jak komu
dobremu, że to K. będzie machał wałkiem, a ja swój odwłok usadowiwszy na jakimś
zydlu sztukować będę detale. I że więcej się niekiedy namacham w dzień
powszedni napierdalając zelmerem irenie kłaki rozpostarte na panelach całej chawiry.
Ale nie, zobaczysz, wspomnisz słowa. Pędzel w dłoni rozwiera szyjkę.


Ostatnio w ogóle stałam się synonimem beztroski i upośledzenia umysłowego, gdyż
dzwoniąc do mnie zastała mnie strażnica spokoju mej macicy zmierzającą ku –
uwaga, drastyczne – serwisowi opon!
- Jak to jedziesz wymienić na letnie?
- No takto, umówiłam się i jadę.
- A dlaczego K. tego nie zrobi?
- Bo K. wraca z pracy o 18, a ja mam czas?
- Uważam, że nie powinnaś.
- Mamo, ja nie wiem czy ty kojarzysz fakty, ale ja nie będę tam leżała u
podwozia, żonglując kluczem, wiesz? Przyjadę, powiem panu, że opony są w
bagażniku, usiądę sobie w biurze, przez okienko poobserwuję jak śmiesznie
wygląda auto bez kół, a potem podziękuję, zapłacę i pojadę na chatę. Więcej
energii tracę na odprowadzenie Marcela do przedszkola i odpowiedzi na jego dziwne
pytania.
- No nie wiem, dla mnie takie sprawy powinien załatwiać mężczyzna.
Ale jakie sprawy? Przeglądanie Obsasów Ekstra na kanapie u kierownika zakładu czy
wyciąganie z portfela czterech różowych banknotów?

Po trzecie Dziadkowi się pogorszyło. I właściwie sama nie wiem za co trzymam.
Czy żeby wyszedł z tego, czy żeby właśnie nie wychodził. Czasem mocarność organizmu
staje się przekleństwem.

Że
Bolo się sypie Małgorzata dowiedziała się przed świętami. Szczerze
powiedziawszy mało ją to obchodziło, lecz ktoś kiedyś wymyślił kurtuazję,
elegancką pochodną fałszu, więc kurtuazyjnie Małgorzata udała, że owszem,
obchodzi. Nie żeby markowała chlipanie w słuchawkę, bez przegięć, pewne sprawy
są aż nadto jasne, nawet dla tych, którzy oczekują kurtuazyjnych gestów.
Postanowiła jednak zatroskać się nad stanem psychicznym syna Bola, Wacława, i
nie przestając kręcić żółtka z miodem i śmietanką kremówką (pascha), westchnęła
smutne. Choć smutne nie było za
grosz, nie dla niej.

Potem przeszły święta, zniknęła pascha i tarta cytrynowa, prawdziwa szynka ze
Ścinawy i pasztet teściowej, i okazało się, że i Bolo zniknął. No nie tak do
końca – ciało leżało wszakże w chłodni zakładu pogrzebowego i czekało na
ostatnie pożegnanie.

Gdy tylko dotarła do Małgorzaty ta umiarkowanie hiobowa wieść o śmierci bądź co
bądź dziadka nastała dziwna aura. Oraz działy się rzeczy. Na przykład
Małgorzata dałaby głowę, że zamykała drzwi od sypialni, a potem były szeroko
otwarte. Albo taśma klejąca leżała płasko na komodzie i nagle –plask! – już była
na podłodze. Albo Halina, jej kotka, zachowywała się co najmniej nietypowo.
Całymi godzinami zamiast spać, co bardzo było w jej kociej naturze, warowała w
przedpokoju w pozycji  czujnej. Małgorzata
zwierzyła się mężowi ze swych niecodziennych obserwacji, lecz on, nieczuły
niedowiarek, wybuchnął serdecznym śmiechem i zakrzyknął na całe gardło – Bolo!!
Jesteś tu, chłopie?? (Małgorzata popatrzyła na niego z odrazą.)

Bolo nie był do końca zły.
Nie był też na pewno dobry.
Małgorzata pamiętała jeszcze te wszystkie katolickie pierdoły, które musiała
wkuwać przed przyjęciem rozmaitych sakramentów i pamiętała, że było coś
takiego, jak grzech cudzy. Milczeć, gdy ktoś grzeszy – tak brzmiała
jego definicja i była to kwintesencja grzeszności Bolesława. Pod pantoflem swej
ślubnej, karykatury człowieka, Bolo po prostu zapomniał, że można, a wręcz należy
się przeciwstawiać. Zapomniał, że czasem w życiu więcej zyskuje się waląc
pięścią w stół i wykrzykując veto. Choćby szacunku do samego siebie. No, ale do
tego trzeba jaj, a jaja Bola to spełniwszy swą 
biologiczną powinność (razy trzy, w tym raz na boku), schowały się z
powrotem do powłok brzusznych, a tam – wiadomo – za ciepło dla tak delikatnej
materii. Zepsuły się i tyle ich było.

Żal tylko było Małgorzacie, jej siostry Anny.
Że nigdy nie zaznała czym mogą być prawdziwi dziadkowie. Bo rodzice Drugiej
Żony od dawna rżnęli w brydża ze świętym Piotrem. No, ale nie można mieć w życiu wszystkiego. Pewne zadośćuczynienie stanowił
fakt, że dom po Eugenii i Bolesławie został przepisany w spadku właśnie jej.

Fajnie, ale wspomnień z dzieciństwa Małgorzata nie zamieniłaby na żadne
wypełnione Rosenthalami domostwa.

Na
strychu u teściów kazałam sobie zdjąć z wysokości kartonowe pudła i przepadłam
na długie kwadranse. Tycie kreacje niemowlęce, rozmiar pięćdziesiąt sześć, a
czasem i mniej, miały mnie położyć na łopatki, rozkleić, sprawić ze zostanie ze
mnie mokra plama. Zamiast tego mruknęłam do K.:
- Widać, że pięć lat temu za chuja nie mieliśmy kasy.

Urzędnicza pensja, tysiąc trzysta netto, odcisnęła swoje wyraźne piętno na
moich wyborach modowych, nie żebym się
ich wstydziła, nie uświadczysz w kartonach wzornictwa lat dziewięćdziesiątych
maniakalnie naśladowanego po dziś dzień – wielkich oczu, zakręconych rzęs,
mongoloidalnych półuśmiechów, majtkowych błękitów, róży oraz lila, misiów, pysiów, myszek, pliszek i króliczków, a jednak biednie. Mało i w ogóle. Przede wszystkim mało.
A przecież należy wziąć pod uwagę, że taki słitaśny osraj defekuje właściwie
bez ustanku, co zeżre to wysra, wciąż jeszcze nie było to na tyle dawno, bym
nie pamiętała tej buraczanej twarzy, chwilę po oderwaniu od sutka a zaraz potem
bulgotu w gaciach. To nic wielkiego, naprawdę nic, dziwi mnie, że bezdzietni
jak tak bardzo skupiają się na dramatyzmie upierdolenia w płynnym stolcu, są
straszniejsze aspekty macierzyństwa, jednak podstawą przy takim wyzwaniu są
kilogramy bawełny upchnięte do szuflad komody, czterysta komplecików – body plus
półśpiochy, dobrze też by cieszyły oko, bo czasem ładny niemowlak w ładnej
kreacji (którą wszak za chwilę obesra) bywa pierwszym punktem do którego warto
się odnieść porządkując hormonalny burdel w głowie i obiektywny burdel wokół
siebie.
Mam czas, więc bywam. Korzystam z promocji, chwytów pay for 2 get 3,
dobrodziejstwa salonów odzieży używanej, z których mam prawdziwe perełki, z wyśmienitą
metką i zerową oznaką obcowania z czyjąkolwiek wydaliną, a także nieocenionego
wuwuwu allegro. 

Tak, ja wiem, że to wszystko nie jest takie ważne, że najważniejsza jest miłość
oraz to, żebyśmy zdrowi byli, zawsze to powtarzam, nic prawdziwszego, jednak prawdziwy
zen zyskuję chomikując, wykreślając punkty z Excela, puszczając kompulsywnie
kolejne pralki, patrząc z czułością na tę minigarderobę, układając, wygładzając
dłonią mikroskopijne fałdy, znosząc do domu coraz do nowe.
To wszystko ma złagodzić ból dezorganizacji, nieunikniony, dotkliwy dla
nosicielki germańskiego imperatywu uporządkowania. Szkoda, że nie wiem, co
magazynować,  by złagodzić równie
nieunikniony efekt chronicznego przemęczenia.

Dobrze mieć świadomość kompletu
dobrodziejstw, jakie na mnie spłyną, może coś mi z tego przyjdzie.

Od ponad tygodnia funkcjonuję bez wspomagania i na razie nie
rodzę. Jak zacznę, to lojalnie uprzedzę! Szybko odpalę blogaska, pomiędzy
jednym skurczem, a drugim, by ową niecodzienną nowinę obwieścić światu. W
wersji superoptymistycznej zostało mi trochę ponad półtora miesiąca, w wersji
optymalnej – dwa, o wersji pesymistycznej nie mam zamiaru wspominać.
Mówiłam już, że jestem wielka i jest mi ciężko?

Wypadki ostatnich tygodni nakazały mi zewrzeć poślady i zacząć kompletować to i
owo. Szwabski gen, który w sobie noszę, nie lubi zaskoczeń i zwrotów. No więc wuwuwu allegro i jedziemy z koksem. Na przykład majty poporodowe.
Pamiętacie tę uroczą siateczkę pozwalającą kroczu oddychać? Jeny, wspomnienia!
O, albo podkłady ginekologiczne! Takie niby podpaski ale gabarytem bardziej w
stronę materaca. A wkładki laktacyjne? Laktacja – to dopiero jest przygoda!
Wkładki to chyba tak bardziej dla efektu glamur, bo ja to raczej muszę mieć płachtę
tetry wetkniętą w biustonosz, a i wtedy nie czuję się tak znowu mega pewnie.
Nie byłabym sobą nie odbywszy wycieczki w niemowlęce rewiry sieciówek. Niby wszystko mam, po Marcelu, nie? Ale bo
ja wiem czy tak WSZYSTKO-WSZYSTKO? Poza tym kupowanie jest taaaaakie przyjemne!
Szczególnie gdy od jakiegoś czasu omija się szerokim łukiem dział damski, trzeba
w końcu  jakoś wypełnić tę pustkę,
nieprawdaż. No więc kupuję. Letnią czapkę z uszami na przykład. Bachorzęta
wystylizowane na zwierzątka to ten rodzaj kiczu, którego sobie nie odmówię.

Potem idziemy na widzenie z Gustawem.
- … i w co się jeszcze bawicie? – próbuję zabić czas oczekiwania na badanie.
- W ciuciubabkę – mówi Marcel od niechcenia.
- Czyli, że co? – drążę, jakbym nie wiedziała co to ciuciubabka.
-
No, że na przykład Ula wchodzi do takiej skrzyni i pokazuje cipę.
- Cipę? – powtarzam mrugając obficie.
- No. Bo Ula mówi, że nie mówi się sisia,
tylko cipa.
A-ha.

Potem dochtór obwieszcza, że noszę na razie dwa kilo Gustawa, a także, że jego
pozycja nie zmieniła się, co nie jest dla mnie zaskoczeniem, albowiem CZUJĘ. Marcel nieprzesadnie emocjonuje się podobizną
brata na ekranie, za to świecą mu się
oczy na widok konsoli ultrasonografu. Najbardziej fascynuje go pewien pałąk. Plosę pana, a do cego to? - wskazuje na chudy, plastikowy fallus. Dochtór
rezolutnie, że do grania, taki dżojstik.
Z lenistwa przystaję na tę wersję, choć
w sumie na tym poziomie wtajemniczenia mogłabym powiedzieć, że do cipy.

Pragnę podziękować temu oto piczonowi za pienkny podarunek urodzinowy, który można od dziś podziwiać powyżej :)))
 

Pierwsza ciąża, choć bynajmniej nie z zaskoczenia, zastała mnie gdzieś między wódką a zakąską, a dokładniej między dzikim pląsem w Bezsenności, a Jolka Jolka pamiętasz na całe gardło w taksówce.
Dwudzieste piąte urodziny spędziłam w gronie dobrych znajomych tu, w tym samym domu, w którym teraz mozolnie inkubuję Gustawa, domu, który tak bardzo się zmienił przez ostatnie pięć lat. Jednak stół był ten sam, siedziałam przy nim z dwoma kumplami i zastanawiałam się czemu nie jestem w stanie zaciągnąć się Laki Strajkiem, bo ilekroć poczuję smak dymu mam ochotę shaftować się pod siebie.  

Nie mogę powiedzieć, żebym nie wybawiła się przez długie lata edukacji licealno-uniwersyteckiej, a jednak rok później pchając niebieską gondolkę przez nadodrzańskie wertepy pielęgnowałam w sobie uczucie bolesnej straty. Wagarowicze rozpostarci na prowizorycznych legowiskach z kurtek i plecaków, syk otwieranego piwa Książ, słońce, gitara, pijane dziewczyny, chłopcy przy nadziei, łapczywa wymiana śliny, tanie papierosy, nastoletnia spontaniczność. Wszystko to przerabiałam, nie żebym ominęła którykolwiek punkt, ale świadomość, że już tam nie należę i raczej nic tego faktu nie zmieni, sprawiała, że miałam ochotę usiąść i zapłakać.
Żal związany z utratą zawsze powoduje narastanie swoistego bielma. Opłakująca wdowa nie pamięta jak jej nieraz świętej pamięci spuścił wpierdol, a dzieciństwo zazwyczaj widziane jest w lukrowych pastelach, nawet gdy bywało różnie. Ja też wtedy zatraciłam ostrość widzenia. Niemowlę w niebieskiej gondolce, choć zawsze kochane do nieprzytomności, wydało mi się bardziej balastem niż atrakcyjnym centrum nowego wszechświata.
Bielmo skutecznie cyzelowało obrazy: młodzież piła piwo Książ, lecz nikt nie rzygał w sitowiu, piła sobie miło i nikt później nie miał rozłupującego czaszkę kaca, całowała się ślicznie i następnego dnia nikt nie udawał, że nie pamięta, ku boleści tego, co chciał pamiętać, zawalała zajęcia na wiosennym, pięknym słońcu i żadna matka nie darła japy, nie było szlabanów, awantur, wrzasku pełnego nienawiści. I analogicznie, parę lat później, po dwudziestce, studencki hedonizm wcale nie generował rozterek egzystencjalnych w klimacie: quo vadis, co zamierzasz zrobić ze swoim życiem i czy czasem nie przepierdalasz go siedząc w knajpie noc w noc.
Tego wszystkiego nie było. Była tylko utracona wolność.
Tyle widziałam i chciało mi się wyć.

Dziś znów był pierwszy dzień wiosny i jak co roku barwny patchwork zimowych kurtek wyścielał brunatną łąkę nad Odrą. Nie słyszałam syku otwieranych puszek, byłam za daleko i za zamkniętym oknem. Wolność zredukowana do zera, egzystencja scentralizowana wokół wypchanej małym chłopcem macicy i niepokoju, żeby jego desant nie odbył się przedwcześnie.
Widzę ich – wyrzygują wnętrzności, razi ich słońce, liżą się z kim popadnie, są nieszczęśliwie zakochani, albo w toksycznych związkach, samotni, wkurwieni, samotni, wkurwieni, samotni.

Możecie mówić, że wypieram, mydlę sobie oczy, bo nie mam innego wyjścia, że oni młodzi, a ja kostropata, oni wolni, a ja zniewolona, ale przysięgam – W ŻYCIU nie chciałabym tam wracać.

Jakie to uroczo ironiczne, że nie tak dawno pisałam o tym jak nieabsorbujące są dzieci wewnętrzne. No, rąk może nie łamią, ale nie jest też tak, że pozwalają mieć i realizować plany. W piątek mój drugi syn, Gustaw, okazał się indywidualistą o silnie ugruntowanej opinii na temat tego, jak powinien wyglądać nadchodzący weekend. A zapowiadał się malowniczo. W piątkowy wieczór wybywałam bowiem na damską plotę, a w sobotę szykowałam kameralną fetę przypieczętowującą nadchodzący okrągły jubileusz mych narodzin. Menu sobotnie od kilku dni wisiało przyczepione magnesem do lodówki subtelnie podsycając ekscytację.

W czwartek, czwartego dnia zachłyśnięcia chowem wolnowybiegowym oraz niestrudzonego realizowania Planu poczułam, że coś jest lekko nie halo w bebechach. Stwierdziłam, że muszę to przespać, przeczekać, przeczekać trzeba mi. Rano w piątek uznałam wczoraj za przewidzenie, po czym odpaliłam tryb: kontynuacja Planu (co jakiś czas jednak pokładając się). Wczesnym wieczorem pomyślałam jednak, że wczorajsze „lekko nie halo”, zaczyna być „mocno nie halo” i wykręciłam numer dochtora S. Dochtór stwierdził, że bardzo mu się nie podoba to, co słyszy i że będzie w szpitalu za kwadrans, a za ile ja mogę. Mogłam za nieco więcej niż kwadrans, gdyż oprócz Dziecka numer dwa, które wyraźnie przemówiło, zaposiadam Dziecko numer jeden, które trzeba gdzieś zainstalować, gdy się wybywa do szpitala z tatusiem w roli kierowcy i opiekuna.

No i ogólnie finał jest taki, że żrę piguły oraz leżę. Uprosiłam, bym mogła uprawiać tę jakże chujową czynność w domu, a nie na szpitalnej pryczy. Leżenie jest przechujowe,  szczególnie gdy ma się robaki w dupie oraz wciąż niezrealizowany Plan. No ale jednak dom to dom.
Oby Gustaw poszedł po rozum do łba i zrozumiał, że jeszcze za wcześnie na takie hece.


  • RSS