eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Pewnego razu K. kupił jaja od kury
szczęśliwej.
Kura szczęśliwa to taka, co biega sobie swobodnie po podwórku, a przynajmniej
tak zapewniają na wintydżowym opakowaniu specjaliści od jajecznego marketingu.
Jaja, jak to jaja, smakowały okej, wielkiej różnicy nie dostrzegłam, ale
fakt biegania wolno stał się przedmiotem
mojej zazdrości.

Lecz oto i dla mnie nadeszły zmiany.
W końcu dojrzałam, jak wygląda chów wolnowybiegowy!
Od wczoraj jestem nioską szczęśliwą, niechże więc moje jajo odzwierciedla stan
z ostatnich stadiów kompletowania całości, niekoniecznie zaś z początku i
środka.
Jeszcze nie do końca odczuwam ów luz, za który przez pierwsze 33 dni płaci
pracodawca, a później państwo (w sensie sama sobie opłaciłam, państwo to skrót myślowy,
dość niebezpieczny, sugerujący, że cokolwiek zostaje nam dane w
prezencie). Nie do końca czuję luz, bo
mam mocny plan zagospodarowania wolnej przestrzeni. Oddaję się różnym pożytecznym aktywnościom,
na które dotychczas nie miałam czasu. Dziś na przykład raczyłam się koktajlem 75g
czystej glukozy, bo już mi trochę termin bił na alarm. Było super, miałam
jakieś czterdzieści osiem odruchów wymiotnych, na szczęście nie zwieńczonych
konkretem. Potem z wielką radością wisiałam z fotela dochtora S. , który
sczaskany na heban błyskał białym uzębieniem, produkował serdeczności, ni
słowem nie zająkując się jakobym była za gruba. Jutro pozuję wraz z rodziną, bo
z dużą dozą prawdopodobieństwa moja macica jest zamieszkana ostatni raz i
chciałabym ów fakt jakoś uwiecznić. Pojutrze zaś robię zęby.
(Ach, jakież to wszystko fascynujące, nieprawdaż).

- Przechodzisz tę ciążę jakoś tak beznamiętnie – stwierdził K. jakiś czas temu.

Cóż, mizianie po brzuszku i czułe litanie do nienarodzonego to luksus, na który nie
zawsze jest czas i miejsce.
Lecz mój czas właśnie nadszedł.
Gładzę się po Gustawie, a on stawia namioty na napiętej skórze brzucha.
Czasem są to namioty cyrkowe, obłe i obfite, innym razem – indiańskie wigwamy. Głowa, kolana,
łokcie, stopy, pięści.
Jak człowiek tak wyhamuje, to widzi wyraźnie, że to jest istny kosmos.

- Okej mamo, bawimy się, tu jest sklep z książkami, a jestem pan księżarny.

- Chryste, co za dzieciak! – wzdycham ciężko.
- Takiego mnie urodziliście – wyjaśnia Marcel i do siebie porządkując wiedzę - To było tak: był plemnik i komórka jajowa. I one się połączyły i powstał dzidziuś, czyli ja. Chłopiec taki. Dobrze, że załapałem się na chłopca.

- Uch – jęknęłam wstając z kanapy.
- Coś cię boli mamo? – zainteresował się Marcel – Miednica? Eeee ta… Macica?

Po tym jak zabrałam mu coś, czego nie powinien był brać lub czegoś nie pozwoliłam.
- W tym domu nie ma miłości.

- Kto panią prowadzi?
Pan. Pan mym pasterzem, nie brak mi niczego.
- Dochtór S., z Polikliniki Fantazyjnej ale niestety jest na urlopie.
Ściślej – gdzieś w okolicy Havany.
- Mhmm – w tym mhmm pobrzmiewa spontanicznie obmyślony plan zdemaskowania rywala. Wytknięcia, że niewłaściwie opiekuje się swymi ciężarnymi owieczkami, jest niedouczony lub gorzej – zjadła go rutyna. W sumie ciężko sprawić, by starszy stażem, a jeszcze na dodatek ordynator stosownego oddziału, mógł polec w zawodowo-intelektualnych szrankach, ale rutyna, o to to!, doskonały trop, trzymajmy się tego!
- Badania skompletowane? A Hiv? Sprawdzała Pani?
- Robiłam w pierwszej ciąży.
- No wie Pani, należałoby w każdej.
- Ufam, że małżonek nie moczył poza domem.
Mój rozmówca uśmiecha się ni to z politowaniem, ni ze współczuciem.
- Ile kilo pani przybrała od początku?
- Osiem.
- Co??? – małe oczka otwierają się szerzej pod pizdowatym przedziałkiem w stylu amanta z boysbandu – To niedopuszczalne! Chyba pani je sam cukier. Musi mieć pani fatalną dietę!
- Ja wiem?  Obiady gotuję sama, nietłuste raczej. Rano muesli ze świeżymi owocami …
- BANANY! Je pani pewnie banany!
- Jem. Uwielbiam banany.
- Winogrona?
- Owszem.
- Gruszki!!!
- Na tony.
- To wszystko natychmiast odstawić. Zero cukru! Sprawdzać indeks glikemiczny wszystkiego co pani je. Słowem – odchudzić się.
Pojebało pana, że tak to ujmę?
- A jaki cukier?
- Bardzo niski. W dolnej granicy.
- Mhmm – to z kolei mhmm nosi w sobie brzemię zawodu.
Rozjebałam mu cały wykład. Marsz do kąta, szmato bez wyczucia ty!

- Tu się nic nie dzieje – słyszę w końcu to, po co przyszłam – bóle mogą być związane z rozstępującym się spojeniem łonowym. Trochę wcześnie, ale widać taka pani uroda. (Albo jej deficyt.) Tak już pewnie zostanie pani do końca.
Yeaaah! Niech żyje druga ciąża! Polejcie!
- A dziecko główką do góry…
Gustawie, czyżby ci brat wyrył paznokciem wewnątrz mnie hieroglif, głoszący że jak się dobrze ustawisz ominie cię wysiłek przeciskania przez kanał?
- … to się oczywiście może jeszcze zmienić. Ale wszystko wskazuje na to, że syn będzie spory. Czyli radziłbym cięcie. Chyba nie ma pani zamiaru przepychać czterech kilo a potem nie trzymać moczu? I cierpieć na różne inne interesujące rzeczy, związane z trwałym uszkodzeniem krocza?


Facet, doprawdy, zainteresuj się kroczem swojej starej.
Moje chciało tylko zapytać o przyczynę bólu.
Padło na ciebie, bo tylko ty miałeś okienko.
Już wszystko wiem, za co za chwilę twoja ryża piczka-zasadniczka w rejestracji, zainkasuje horrendalną kwotę.
Tak, że wiesz. Ogólnie to spierdalaj.

Dobra passa w kwestii konsumowania kultury trwa.

Sponsoring. Nie do końca wiem, co poeta miał na myśli, ale nie aż tak
tragiczne, jak twierdzi mój małżonek. Nie jest też tak porywające, jak można
wnieść po trailerze, gdzie Janda i Chyra zostali wystawieni na zachętę, a
tymczasem zagrali sobie niewiele znaczące epizody. No, może Chyra coś wniósł –
pokazał, że z tymi napalonymi satyrami to różnie bywa. Nie zawsze się
szczytuje. No ale w każdą profesję wpisane jest ryzyko zawodowe, nieprawdaż.
Że Szumowska przeżywa iluminację erotyczną, to już wiadomo. Obwieszcza ów
radosny fakt, gdzie tylko może. Ponadto prowadza się z bardzo młodym chłopcem i
na pewno sporo go nauczyła, bo nie sądzę, by odwrotnie. Podobnie kiedyś miała
Marysia Peszek. Też lubiła pobajdurzyć o zarośniętych kroczach i wzwodach. W
sumie trochę rozumiem, jak mi się zdarzyło odkryć nowe horyzonty również miałam
ochotę trąbić na całą dzielnię.

A drugi film też na pierwszy rzut oka o rżnięciu. Ale już na kolejny rzut –
niekoniecznie. Nie ma oblechy, a jest dużo seksu. Można? Można. Klasyczna
muzyka podana bez patosu. Można? Owszem. (Małgośko Szumowsko, pobierz od
McQueena korepetycje, w jakich okolicznościach przyrody dobrze jest polecieć
Bachem czy innym Czajkowskim, żeby nie cuchło kiczem oraz pretensją). Wstyd
jest fenomenalny, zajebisty, wielopłaszczyznowy. No i duet aktorski piękny.

A to wszystko mogłam przeżyć dzięki moim nieoceniony teściom, którzy kochają
Marcelona i psują go do szpiku.
(- Marcysiu, co ma ci babcia zrobić na kolacyjkę?
- Yyyy… – myśli Marcyś i wymyśla – jajeczka przepiórcze!
- Ojej – frasuje się babunia i składa dłonie w geście zażenowania – nie mam
dziś przepiórczych…
- No dobra. Mogą być kurze. – ratuje z opresji babunię czteroletni łaskawca.
Tak, wiem, JA PIERDOLĘ.)

Poza tym co? Mam znów syndrom wicia gniazda.
A może całe życie mam, tylko w ciąży mam na co zwalić?

- A pani to już chyba niedługo tak pochodzi, co?
Skąd, ja tylko tak wyglądam.
Zażyłość paniami z warzywniaka, paniami z mięsnego i paniami z delikatesów, z przedszkolankami i fryzjerką (z której osiedlowych usług zrezygnowałam, co prawda, na rzecz fancy-Grzegorza, ale do której łażą chłopcy) daje swojskie poczucie życia na prowincji, ale też stawia czasem oko w oko z prawdą. A prawda jest okrutna. Nie, żebym nie miała lustra. Mam i wcale nie wyszczupla, jak w przymierzalniach niektórych sieciówek. Moje lustro nic nie musi sprzedać, więc nie kryguje się, wali prawdę między oczy. Pokazuje dupsko niczym makieta terenów górzystych, wymiona obiecujące, że Gustaw zmieni się prędko w małego buddę i brzuch jak piłka lekarska lekko niedopompowana, tą niedopompowaną stroną doczepiona sprytnie do reszty.
Jestem duża.

- Mamo, ale ci brzuch urósł w nocy! – wita mnie Marceli co rano ze swojego łóżka na wysokościach.
- Serio? – udaję życzliwą gotowość pociągnięcia wątku, ale najchętniej powiedziałabym: a weźże spierdalaj, skarbie. Nie mówię jednak nic, co miałoby negatywne nacechowanie, ma chłopak dobre intencje, interesuje się mną i nadzieniem, nie chcę łamać mu serca oraz siać patologii. 

Naprawdę jestem duża.
Rok temu o tej porze biegałam i jadłam otręby.
Teraz głównie myślę o drożdżówkach z kruszonką i lukrem.
Obiecałam sobie tym razem nie wpierdalać, tylko jeść. Obiecanki-cacanki.

Nie żebym była jakoś zaskoczona. Pamiętam na czym polega ciąża.
Zapłodnienie nie było niepokalane, dziecko rozwija się w mojej własnej, niewypożyczonej, macicy, zero retuszu, efektów specjalnych, fotoszopa, zero umówionych cesarek na życzenie w 35 tygodniu, żeby nie rozejść się na amen. A jednak niska estetyczność tego cudu natury uwiera mnie bardziej niż wtedy. (Możliwe, że wraz bliskim obcowaniem z branżą modowo-wnętrzarską stałam się nadmiernie skupiona na ładności.)

A tu należy się skupić na tym, że wszystko pracuje jak trzeba.
Że łożysko nie przoduje. Że szyjka długa, zamknięta. Że piękna ciąża, książkowa.
- Ale brzuch mam wielki, co? – jęczy moja głowa tuż nad rozłożonymi nogami.
- I co się chwalisz? – zbywa mnie dochtór S.

W piątek koło piętnastej zwykle nie wierzę własnemu szczęściu.
Fakt, że to nie jest definitywny koniec. Jeszcze kilka robótek wieczornych, bo
przecież żeby w miarę dobrze zarabiać na tej naszej zielonej wyspie, w tej naszej
krainie mlekiem i miodem płynącej nie da się pracować standardowe czterdzieści
ha tygodniowo, niemniej już widać światełko. Ono, co prawda, potrwa tyle, co
nic, bo już niedzielne popołudnie skażone jest planowaniem kolejnego tygodnia, no ale jednak jest. Bez niego nie byłoby życia.
Piątek po południu to jeden z najpiękniejszych momentów w tygodniu. Przewaga
wydarzeń w potencji nad ich aktualizacją
jest bezdyskusyjna. Adwent jest fajniejszy niż święta, moment przed
rozpakowaniem prezentów daje więcej radości niż samo rozpakowanie, świadomość
zbliżających się wakacji uwalnia więcej endorfin niż wakacje same w sobie. Że
już nie wspomnę o akcie prokreacji.
No więc wybija ta piętnasta, wiem, że za jakąś godzinę odpalę brykę i podążę ku
względnej wolności.

Chyba, że odpalę JUŻ i podążę w zupełnie nowym kierunku.
Pani Ewo? Marcel spadł z drabinki na placu zabaw i bardzo płacze, że go boli,
nie mogę go uspokoić.

Kilka minut później wpadam do placówki wczesnoedukacyjnej i widzę żałosny
obrazek – Marcelon w histerycznym szlochu, ręka na prowizorycznym temblaku, na
czole śliwka z krwistym rzucikiem, po prawicy pani Be, po lewicy pani O i
wianuszek zaintrygowanych Ladybirds i
Bees.

Teoretycznie, jak znam siebie, powinnam rozpłakać się, zabrać Młodego na ręce,
zataszczyć dwadzieścia kilo do auta, po drodze poczuć, że z tego wysiłku coś mi
cieknie po nodze, wsadzić poszkodowanego do auta i stwierdzić, że chyba rodzę.
Jednak stres robi swoje, umysł rozhisteryzowanej pojebuski staje się umysłem
analitycznym, to pewnie jeden z mechanizmów, które włącza tryb przetrwanie, nie wiem, nie znam się, ja
tu tylko sprzątam, jedno jest pewne: w
takich sytuacjach nie jestem sobą. Owszem, odczuwam jakiś tam szczątkowy ścisk w krtani i nim wymyślę plan
obcałowuję każdy milimetr małej, zaryczanej twarzy, ale wiem już, że:
Dziecko żyje
Dziecko ma kontuzjowaną górną kończynę ergo może przebierać nogami
Dziecko trzeba będzie prześwietlić, a obecność obciążenia, w postaci Dziecka nr2
we mnie, uniemożliwia mi uczestniczenie w przedsięwzięciu
Dziecko ma też ojca, pozbawionego obciążeń w postaci noszonych wewnątrz istnień
i ten ojciec jest mi teraz niezbędny, niezależnie od tego w jak istotnym
zebraniu bierze właśnie udział.

Około dwudziestej jesteśmy w domu.
Marcelon 
dumny i blady ze swego widocznego kalectwa.
K. wkurwiony, że dał syna wsadzić w konwencjonalny, ciężki gips, zamiast pobiec
do apteki po plastik.
Ja – szczęśliwa, że podczas godzin spędzonych na pogotowiu Gustaw był jeszcze w środku. Taki
cichy i pozbawiony roszczeń.
Dzieci w brzuchach są cudownie nieabsorbujące. 

Ostatnimi czasy bardzo intensywnie żyję. 


Miałam na przykład swój złoty czas, jeśli idzie o chłonięcie
kultury. Byłam dwa razy w kinie – w odstępie TYGODNIA. To nie zdarza się
często, więc przeżywam. Przeżywam też treści, które wchłonęłam. Znaczy
Rzeź to nieprzesadnie, choć podobała mi się bardzo. Drugą pozycję przeżywam.


Nie mogę się otrząsnąć. Próbuję wyjść z mazurskich realiów czterdziestego
piątego i nijak nie mogę. Cały czas mam ich przed oczami. Upodlonych do granic.

Fatalna jest świadomość, że człowiek jest w stanie znieść absolutnie wszystko.
Że cierpienie nie ma limitu. I że nikt, im jestem starsza, tym widzę to
wyraźniej, naprawdę nikt tym wszystkim nie zawiaduje.
Dwudziesty pierwszy wiek nie jest jakiś super, człowiek tyra, a efekty nie
powalają; zapierdala jak chomik w swoim idiotycznym kołowrotku, lecz zdaje się
mieć mniej niż chomik satysfakcji; wie, że nigdy nie dostanie nagrody w postaci
spokojnej jesieni życia, że będzie tak tyrał, aż mu pierdolnie jakaś
żyłka.  Ale potem widzi obrazki z
przeszłości i wie, że tak naprawdę ma wielkie szczęście. Choć spotkać mężczyznę
pokroju Tadeusza to w dzisiejszych czasach chyba raczej mało prawdopodobne.

Prowadzę także bujne życie towarzyskie. 
Miałam ostatnio wychodne aż trzy razy! Za pierwszym razem spotkałam się z
laskami ze studiów, z czego większość była w ciąży, a mniejszość w połogu, siłą
rzeczy zatem tematy laktacyjno-waginalne zdominowały nasz wieczór. Raczyłyśmy się koktajlami owocowymi i herbatą. Nie za długo się raczylyśmy, bo poszłyśmy na chatę spać. Innego wieczoru udałam się na tete a
tete
z dobrym kumplem. W knajpie było ciepło i przyjemnie oraz załapaliśmy się
na kanapę z poduchami. Poduchy można było podłożyć sobie pod głowę, sączyć
napój i rozmawiać. Poczułam, że przysypiam. Pożegnaliśmy się i pojechałam na
chatę spać. Trzecie wychodne polegało na tym, że poszłam z laskami z pracy do
lokalu gastronomicznego, a w międzyczasie przypomniało mi się sto różnych
zaniedbań, które, by usunąć musiałam natychmiast usunąć siebie (z lokalu). Gdy skruszona
świadomością zaniedbań dotarłam do domu, sąsiadka z oczami spaniela wręczyła mi
swą niesforną córcię, na momencik. Nie mogłam odmówić, sama niejednokrotnie będąc przez sąsiadkę
ratowana z opresji. 
Poza tym rozumiem ją bez słów. Lepiej tak, niż wiecie. Zabić, czy coś. 


No i tak to właśnie.

Kina, lokale.  Myślałby
kto, że jak ciężarna i jak dzieciata to zaraz uwikłana. Nic bardziej mylnego. Tak,
że zachodźcie i rodźcie, NIC się nie zmieni.

Rodzice Małgorzaty byli ludźmi młodymi duchem i mieli zainteresowania. A nawet pasje.
Mieli także silne wewnętrzne przekonanie, że weekendów nie warto marnować na zabawę z wnukiem, bo weekend jest od odpoczynku. Tak więc mimo, że Junior dorastał, większość prostych czynności wokół siebie wykonywał samodzielnie i był raczej posłuszny, wciąż kojarzył się bardziej z upierdliwością, niż fajnie spędzonym czasem. 
To miało się jednak zmienić.  
Wedle głośnych zapewnień Bożenki, w tym sezonie dziadkowie zamierzali się aktywnie włączyć w dziadkowanie, poprzez zaszczepianie pasji narciarskiej w młodocianym, chłonnym umyśle. Dzięki trzem skumulowanym w końcu roku okazjom (urodziny, mikołajki, gwiazdka), wyposażyli  Juniora we wszelkie możliwe, przydatne na stoku utensylia.

(Małgorzata uśmiechnęła się z przekąsem na takie dictum, bo doskonale orientowała się w realiach. Postanowiła jednak poczekać na rozwój wypadków, w końcu nadzieja umiera ostatnia.) 

Skończył się grudzień, skończył styczeń, ale żaden przełom nie nastąpił. Niedoszli instruktorzy narciarstwa zajęli się remontem domu, co pochłonęło ich bez reszty. Małgorzata wzruszyła  ramionami i zaaranżowała wyjazd we własnym zakresie. W normalnych warunkach zrobiłaby to z przyjemnością i wielokroć, jednak fakt bycia widocznie brzemienną delikatnie jej przeszkadzał w nałożeniu desek, zaś ojciec Juniora narciarstwem interesował się nieszczególnie.  

 - A będziecie mieć cierpliwość żeby go uczyć? Żebyście go nie zrazili! – wyraziła troskę Bożenka.
Małgorzata w odpowiedzi zgrzytnęła zębami.

- Bo wiesz, myśmy tak sobie myśleli, że w sumie zabralibyśmy Misia, ale przydałoby się, żeby choć jedno z was też tam było, bo jak mu się znudzi, to co? Mamy wracać po 2 godzinach? – Bożenkę wyraźnie uwierała perspektywa dnia z Misiem
Małgorzacie zadrgała powieka.

To takie smutne, że przez cztery z hakiem lata życia wnuka nie poznaliście go na tyle, by wiedzieć co robić, gdy wyrazi znużenie daną czynnością. Że przez tak długi czas nie zauważyliście, że mając zapewnione rozrywki na powietrzu nie potrzebuje nic więcej i szanse, że mu się znudzi są bliskie zeru.
Że jesteście tak niesamodzielni w byciu z wnukiem, że w przedsięwzięcie, o którym napierdalaliście od miesięcy w rezultacie angażujecie nas. Że tak bardzo nie umiecie i nie chcecie być dziadkami.
Że nigdy, ani razu w ciągu tak długiego czasu, nie spędziliście z nim jednego, pełnego dnia.

Ale to Małgorzata powiedziała sobie w eter.
Ponieważ nie mogła odkorkować wina, zajarać szluga, a także nie wychodził jej ostatnio zen, stwierdziła, że pierdoli.
Ale tak na całego.

Sen był bardzo rzeczywisty.
Oraz mocno erotyczny.

Główny jego bohater był wymuskany, śliczny, wydepilowany, pachnący i umięśniony.

Taki lepszego sortu Mariusz. Ale jednak wciąż Mariusz. Nie muszę chyba
zaznaczać, że TOTALNIE NIE MOJA BAJKA. We śnie jednak była to jak najbardziej moja bajka, wymuskanie Mariusza w niczym
mi nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, ochoczo zabrałam się do rzeczy, a
istotą naszego obcowania okazało się, czynione z wielkim oddaniem i
przyjemnością, fellatio.

W tym śnie mój stan cywilny nie odbiegał od rzeczywistego (bo to różnie w snach
bywa), więc miałam poczucie, że zdradzam. Było mi jednak przyjemnie, więc
wzorem Scalett O’Hary odłożyłam myślenie o skutkach na bliżej niesprecyzowaną
przyszłość.

Po serii zbliżeń, w których zajęłam bez protestów, a wręcz z pełną afirmacją, pozycję
klęczącą, poszliśmy z panem Mariuszem Lepszego Sortu przejść się po dzielni i zadać szyku. Wyszłam w piżamie, chcąc podzielić się ze światem wesołą nowiną (że oto
spędziłam cały dzień w alkowie z panem po mojej prawicy). 
Idąc tak, syfiastymi uliczkami z wielkim potencjałem, natknęłam się na pewną strzykającą
jadem znajomą, będącą ucieleśnieniem świętojebliwości oraz wynikającej zeń
frustracji. I ona do mnie, unosząc wysoko brewki:
- A ty co?
No to ja:
- A ja gówno! PIERDOLĘ SIĘ Z TYM PANEM.
Tymi słowy jej odpowiedziałam.
Nie: wiesz, mam romans. Nie: poznaj mojego
przyjaciela
. Nie: Chryste, pod żadnym pozorem nie mów nikomu (że mnie widziałaś
łażącą w piżamie po dzielni za rączkę z wymuskanym Mariuszem Lepszego Sortu)
.
Nie: słuchaj, umówmy się na kawę, to ci opowiem. Nie nie nie. 
Właśnie: PIERDOLĘ SIĘ Z TYM PANEM.
Abstrahując
od interesującego doboru słów, jakimi postanowiłam obwieścić swe ulotne szczęście,
warto zaznaczyć, iż było to wierutne kłamstwo, bo penetracja sensu stricto nie
zaistniała i choć na pewno sprawianie obcemu mężczyźnie przyjemności na
klęczkach z powodzeniem mieści się w definicji nielojalności małżeńskiej, to
jednak PIERDOLENIA w pełnym tego słowa znaczeniu NIE BYŁO.  

I tak sobie łaziliśmy, dzień chylił się ku końcowi, aż tu przypomniało mi się,
że zdrada to niejedyny problem z jakim się przyjdzie uporać. Przecież wyszłam z
domu rano nie mówiąc chłopakom dokąd się udaję i jak długo mnie nie będzie.
Przecież JA MAM SYNA. Przecież on może tęsknić, niepokoić się, płakać.
Wtedy targnął mną potężny szloch.
Spojrzałam na Mariusza Lepszego Sortu i mówię doń:
- Ładny jesteś jak z obrazka i w ogóle świetnie się z tobą bawię, jednak musisz
wiedzieć, że nigdy nie wygrasz z moim synem. To ja lecę. Nara.
I poleciałam co sił w nogach do domu, szlochając na całe gardło.
Drzwi otworzył mi K. i miał twarz Niegdysiejszego.

Wuju Zygmuncie, nie pytam dlaczego tak nieelegancko postąpiłam, skąd wziął się
w tej całej historii Niegdysiejszy i dlaczego rolę sumienia odegrała właśnie
Świętojebliwa, a nie ktoś mi bliższy, z czyim zdaniem liczę się bardziej, 

jedna rzecz mnie niepokoi (wszak tego
kwiatu jest pół światu) – dlaczego mój kochanek był Mariuszem???


  • RSS